czasem czas stoi w miejscu

Nie tak dawno mieliśmy okazję wybrać się w okolice Londynu. Potrzebne nam były dwie walizki. Pożyczyłem jedną od męża Elizy, a W. wzięła swoją od rodziców. Jadąc tam podróż minęła całkiem szybko, jedynie samolot-autobus- pociąg-pociąg-metro-pociąg-autobus-pociąg i JUŻ byliśmy na miejscu. Dojazd trwał około czterech godzin. Z powrotem było więcej zabawy i o tym właśnie chciałbym napisać.

Wpadłem na pomysł, żeby przejść się do parku. Przypadkiem trafiłem na stronę parku Richmond i zdecydowałem, że tam pojedziemy. Mieliśmy być na lotnisku w Luton około 18.30. Wyszło na to, że mieliśmy trzy-cztery godziny zapasu, akurat na krótki spacer 🙂

Około 12:00 wyszliśmy z hotelu. Kółka „mojej” walizki były już lekko powykrzywiane, ale cóż, trzeba przecież dociągnąć ją do domu. Wsiedliśmy do pociągu i niedługo potem dojeżdżaliśmy do Richmond. Peron skomplikowany, jedna sieć pociągów, druga, ale jak stąd wyjść? W końcu znaleźliśmy napis „Way out” i bramki do wyjścia, ale… Nasze bilety nie pozwoliły nam wyjść. Mieliśmy takie jednodniowe bilety na konkretną trasę i pewnie dlatego nie mogliśmy wyjść poza trasę. Jednakże na stronie biletów napisali, że mieliśmy możliwość krótkich przerw w trakcie podróży. Poprosiłem Pana z obsługi, żeby nas wypuścił, bo chcemy wyjść na „krótką przerwę”. Zgodził się. Wyszliśmy na ruchliwą, malusieńką uliczkę. Piętrowe autobusy śmigały jeden za drugim. Ludzie biegali w każdą możliwą stronę. Czarni, Biali, Żółci, Pomarańczowi i My. Stanęliśmy z boku ulicy, a ja zacząłem szukać, jak dojść do parku. Migiem weszliśmy w ten pędzący tłum. W uliczkach zmieniały się tylko banery sklepów, ale w środkach każdego widać było elementy świąteczne: choinki, lampeczki, bałwanki, czy też płatki śniegu. Dopiero po chwili znaleźliśmy się na „opustoszałym” terenie, gdzie znajdowało się jakieś bogate osiedle domów. W jednym z ogródków malutkich, ale jakże pięknych domków nie było trawy, kwiatów i tym podobnych. Był tylko żwir i dwa samochody – Land Rover i nowiutkie, czarne, święcące Lamborghini. W oknie innego domu, widać było prześliczną choinkę. Nasze oczy nie wiedziały już czemu się przyglądać. Minęliśmy tak trzy ulice i ni stąd ni zowąd wysunęła się spiczasta katedra, oczywiście zamknięta, jak każdy zabytek. W Anglii kościoły służą już tylko do zabawy, ewentualnie żeby pooglądać z jakim smakiem zostały zaprojektowane i zbudowane.

Wreszcie zobaczyłem bramę parku. Ot, tak nagle pojawiła się na końcu jednej z tych uliczek bogatych domów. Gdy przeszliśmy przez masywną stalową furtę poczułem, jakbyśmy przemieszczali się w czasie i przestrzeni jednocześnie. Po jednej stronie piękne domy, ludzie pędzą, tym samym toczy się codzienne życie, a po drugiej stronie ogromne połacie zieleni, drzew, pól, w oddali widać było mały staw i urokliwą ławeczkę.

Ta ławeczka była tym, czego było nam trzeba po półgodzinnym marszu z ciężkimi walizkami. Wyjąłem z plecaka dwie bułki z pasztetem (pasztetem jeszcze z Polski). Zaczęliśmy się nimi zajadać. Były po prostu pyszne. W. podniosła wzrok i powiedziała „O zobacz, w oddali widać stado, to chyba jelenie.”, wzięła swoją walizkę i zaczęła prowadzić ją po zmarzniętej ziemi. Ten widok był niesamowity. Stare, potężne topole, łąka, dookoła gruzdy ziemi, a po środku W. idzie z walizeczką po ugniecionej piaszczystej ścieżce w kierunku stada jeleni.

Bliżej stada zobaczyliśmy, że kilkoro chińczyków robi zbliżenia łań. 4 metry od ich obiektywów „kobiety jeleni” leniwie przeżuwały, co jakiś czas zerkając na okolice. Co kilka minut startowały samoloty z niedalekiego lotniska. W ogóle nie przeszkadzało to zwierzętom celebrować sobotniego popołudnia. Podobno jelenie miały kilka tygodni temu porę godów, po której teraz odpoczywają. W. również zaczęła podchodzić coraz bliżej łań, aby obejrzeć dokładnie ich sposób bycia. Ja również zbliżyłem się nieco i przyglądałem się. Łanie nie skubały trawy, ale nieustannie coś żuły. Co chwilę widać było kęsy przesuwające się pod skórą ich szyi.

Następnie zaczęliśmy kierować się w stronę alei starych Topoli, za nimi był zmarznięty staw, a dookoła niego żółte, twarde, wysokie trawy. Za tym bajkowym niemal widokiem rozpościerało się pole wyschniętych paproci, zielonych krzaków i grubych, dostojnych drzew. Nagle spostrzegłem poroże jelenia, przesuwające się powoli wśród paproci. Podeszliśmy bliżej, W. stanęła dosłownie 4. metry od majestatycznego jelenia, który wydawać by się mogło, że nawet jej nie zauważył. W. podeszła do mnie i powiedziała, że skoro już widziała jelenia, to teraz możemy wracać 🙂 Że zaczyna jej się robić zimno, a przecież przed nami jeszcze długa droga. Miała rację. Prawie godzinę zajął nam powrót do stacji, z której wyszliśmy. Gdy ponownie przechodziliśmy obok tych pięknych domów dwójka dzieci wyskoczyła na dwór w kombinezonach o kolorach Tygryska z Kubusia Puchatka. Wyglądało to nieprawdopodobnie słodko. Weszliśmy na stację. Ponownie bramki otworzył nam Pan z obsługi. Pociąg miał odjeżdżać za kilkanaście minut. Następnie jeszcze jedna przesiadka w drugi pociąg. Pod lotniskiem czuliśmy się już jak w domu. Wsiedliśmy tylko w autobus, który zawiózł nas pod samo lotnisko. Pod miejscem odprawy bagażu brakowało ławek do siedzenia. Usiedliśmy na jakiejś poręczy i akurat okazało się, że były to osłony grzejnika, który sowicie grzał nasze chłodne plecy, a my mogliśmy w spokoju czytać książki i czekać na nasz samolot.

86 wyświetleń

Nie podoba mi sięByły lepszeOKDobreBardzo mi się podoba zagłosuj, liczba głosów: 2, średnia: 5,00
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *