wyjazd w góry w naszym wykonaniu nie może być spokojny

Wstałem skoro świt i byłem w pracy już o 7:30. Wychodziłem o 15:30. Przyjechałem do W. za niecałe 20 minut, a potem odebraliśmy „Porywaną” mamę spod Pałacu Kultury. Wpisałem w nawigacji Ustrzyki Dolne. Wybrałem drogę przez Puławy, Lublin i Biłgoraj, żebyśmy mogli sobie ponownie zobaczyć miejsca z podróży Celicą po Polsce. Wyjazd z Warszawy zajął prawie półtorej godziny…

Droga nie była najlepsza, szybko zrobiło się ciemno, dużo zakrętów. Po kilku godzinach przemierzaliśmy już większe pagórki, lasy i wsie. Zrobiliśmy postój, żeby kupić Junior Safari i „w Podróży”. Były całkiem dobre, obydwa. Paliwa pokazywało, że będzie na 100 km więcej, niż długość trasy na miejsce. Ok. Dokupimy gdzieś tam na miejscu. Mijaliśmy kolejne kilometry, wjeżdżaliśmy coraz wyżej. Na drodze zrobiło się zupełnie pusto, żadnych ludzi, żadnych samochodów, tylko gdzieniegdzie błyskały światła w oknach okolicznych domów. Niepotrzebnie wybraliśmy tę trasę. I tak nie było nic widać. Zapaliła się rezerwa, pokazywało, że mamy paliwa na 130 km, to tyle samo km co, do miejsca docelowego. Trzeba zatankować. Zaczęliśmy szukać stacji. Jedna zamknięta, za 30 km druga zamknięta. Wszędzie nic. Gdy mieliśmy paliwa na 60 km poprosiłem W., żeby sprawdziła, gdzie jest jakakolwiek stacja. Zaczęliśmy się stresować. Jeszcze nie wiedzieliśmy, co będzie potem…

Znaleźliśmy Orlena na drodze, ostatnia szansa. Nadzieja umiera ostatnia. Podjechaliśmy, zgasiłem silnik. Coś się świeciło przy stanowiskach, ale dystrybutor nie działał. Podszedłem do budynku kasy, zamknięte. Nie było żywego ducha. Odpaliłem silnik, wyjechaliśmy ze stacji. Jakoś strasznie źle widziałem, jakby światła się skróciły. Stanąłem na wjeździe do jakiegoś domu. Za płotem pies zaczął przeraźliwie szczekać. Zobaczyłem, że światła mijania się nie palą, obydwa. Tylko postojowe działały. A akurat przed wyjazdem nie chciało mi się kupić nowych żarówek. Przynajmniej samochodów nie ma, to mogę jechać na długich. Popchnąłem dźwignię długich, nie działają. Jedynie przy przyciągnięciu do siebie długie zadziałały. Uff. Coś działa. W. wpisała w telefonie „audi a4 b5 światła mijania i długie nie działają”. Po niecałej minucie okazało się, że to typowa bolączka tego modelu. Tylko, jakie jest rozwiązanie? Nagle mama zauważyła, że z domu od tego psa ktoś do nas idzie. Wyszedłem. Facet zaczął mówić, a właściwie krzyczeć, że mamy stąd odjeżdżać. Powiedziałem, czemu tak stoimy i przeprosiłem, dodając, że nic nie widzę i nie mogę tak jechać.  Zaczął mówić, że CPN jest 500 m stąd, a pies szczeka i cała wieś się obudziła pewnie. Powiedziałem pasażerom: „Ale gbur, wracamy na stację.” Na stacji sprawdziłem  żarówkę, wyglądała ok, odpiąłem akumulator licząc, że może reset rozwiąże sprawę, nic. W internecie pisali, że albo kostka stacyjki jest spalona, albo styki wajchy od świateł. Była godzina 23:46, piątek. Miałem ze sobą tylko kilka kluczy płaskich i trytytki. Nie było szans tego tam naprawić, trzeba jechać dalej. Ruszyliśmy. Cały czas trzymałem wajchę od długich świateł. W pewnym momencie z naprzeciwka nadjeżdżał samochód. Zgasiłem długie. Nic nie widziałem. Stanąłem, włączyłem awaryjne. W trakcie błysków przynajmniej coś było widać. Pomyślałem: „Nie jest tak źle. Dobra, ale co z tym paliwem?” Nie wiem, co myślały pasażerki, ale ja wierzyłem, że coś będzie. Musi być.

 Jechaliśmy wolno, ale to bardzo wolno. W końcu trzeba było uważać na dziką zwierzynę. Sarny mogły o tych godzinach biegać. I rzeczywiście. Kilka minut później z boku drogi, przy drzewach zauważyłem jedną sarenkę. Jakieś 20 km dalej znowu, tym razem dwie. Pokazałem je W. Nawet, gdy staliśmy tuż obok nich, schowały się tylko za pierwsze sosny, Zostało nam jeszcze 20 km na stację, a ropy było na 10 km według komputera – wskaźnika paliwa. Na szczęście ten wskaźnik nie jest taki dokładny. W Ustrzykach Dolnych stacja była, ale niestety zamknięta na cztery spusty. Zaraz obok miała być następna. Gdy byliśmy w jej okolicy, patrzyliśmy, że coś się świeci, niemożliwe. Na wjeździe było napisane 24h. TAAAK. Podjechałem pod dystrybutor. Obok niego świeciły się różne ekrany i wejście na kartę bankową i banknoty. Zatankowałem do pełna. Stres jeszcze nie chciał ze mnie zejść. Do ośrodka było jeszcze 10 minut. Trafiliśmy do niego bez problemu. Wjeżdżając na pagórek ukazały się dwie pięknie oświetlone chaty. Nie mogliśmy zadzwonić do gospodarzy, bo na miejscu nie było zasięgu. Zaczęliśmy pukać, najpierw lekko, potem mocniej. W końcu usłyszeliśmy skrzypienie drewna, a po chwili przestraszona Pani uchyliła drzwi. Okazało się, że to właścicielka. Byliśmy już „w domu”.

86 wyświetleń

Nie podoba mi sięByły lepszeOKDobreBardzo mi się podoba zagłosuj, liczba głosów: 1, średnia: 5,00
Loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *